Na mapie Hiszpanii Santander jest punktem, który łatwo przeoczyć. Leży wysoko na północy, z dala od turystycznych szlaków południa, poza orbitą Barcelony czy Sewilli. A jednak ci, którzy tu trafiają, mówią potem, że odnaleźli prawdziwą esencję hiszpańskiego luzu — spokojniejszą, bardziej zmysłową, zanurzoną w bryzie Zatoki Biskajskiej. Bo Santander to nie tylko miasto. To nastrojowy pejzaż zbudowany z wiatru, soli i światła, które odbija się od oceanu jak w zwierciadle.

Miasto, które narodziło się dwa razy

Gdy wjeżdża się do Santander od strony wybrzeża, pierwsze wrażenie jest zawsze to samo: zaskoczenie. Północna Hiszpania nie przypomina rozpalonego słońcem południa. Zamiast palm są wzgórza porośnięte zielenią, a zamiast suszy powietrze pełne wilgoci i zapachu morza. Miasto rozłożyło się na brzegu Zatoki Biskajskiej niczym amfiteatr, którego trybuny stanowią klify i tarasy. Patrzy na ocean, jakby codziennie chciało się upewnić, że ten wciąż tam jest.

Od wieków Santander żył morzem. Z jego portu wypływano po ryby i po towary, a wracano z Ameryki z kakao, tytoniem i nowymi opowieściami. Port był sercem miasta – głośnym, pachnącym smołą, pełnym marynarzy i handlarzy. Dopiero w XIX wieku przyszła tu elegancja. Arystokraci odkryli, że północ Hiszpanii ma łagodniejszy klimat, a fale Atlantyku leczą nerwy skuteczniej niż powietrze w Madrycie. Przybył więc sam król Alfons XIII, a z nim całe dwory, służba, architekci i nowa epoka. Wówczas Santander stał się letnią stolicą Hiszpanii.

Ale ten blask zgasł pewnej nocy w lutym 1941 roku. Wicher z siłą huraganu uderzył w miasto, a iskra, która zapaliła się przy Calle Cádiz, w kilka godzin zamieniła centrum w płonące ruiny. Ogień pożarł czterysta budynków, tysiące ludzi straciły domy. Mówiono potem, że to był „pożar, który zniszczył miasto, choć nie było wojny”. Santander odrodził się z popiołów – inny, bardziej nowoczesny, ale z duszą, która nie pozwoliła mu stać się tylko portem albo tylko kurortem. Dziś to właśnie w tym podwójnym rodowodzie – morskim i miejskim – kryje się jego urok.

Plaże, które pachną Atlantykiem

Santander to miasto, które zaczyna się od morza. I choć Atlantyk bywa tu kapryśny, nikt nie ma mu tego za złe. Wystarczy spojrzeć na szeroką, złotą plażę Playa del Sardinero, którą wielu uważa za jedną z najpiękniejszych w Hiszpanii. Nad nią biegnie promenada z białymi balustradami, a wzdłuż niej rząd hoteli z przełomu wieków, w których niegdyś mieszkała arystokracja. Dziś spotka się tu surferów, biegaczy, rodziny i zakochanych spacerujących o zmierzchu. To miejsce, które oddycha rytmem przypływów.

Kilka kroków dalej leży mniejsza Playa de La Concha, osłonięta od wiatru, niemal intymna. Kiedy słońce chowa się za klifami, woda przybiera tu kolor ołowiu. Dalej, po wschodniej stronie miasta, zaczyna się inny świat – dzika plaża Playa de Mataleñas. Prowadzą do niej strome schody wykute w skale. Z góry widać Atlantyk rozciągający się po horyzont i klify, na których wiatr śpiewa własną melodię. To miejsce, gdzie człowiek nie tyle ogląda morze, co je czuje na własnej skórze, w uszach i w sercu.

Im dalej od miasta, tym więcej przestrzeni, aż wreszcie ścieżka wspina się na klifowe wzgórze Cabo Mayor. Tam, gdzie ziemia kończy się nagle i zaczyna ocean, stoi biała latarnia z 1839 roku. Poniżej rozciąga się przepaść, w której fale uderzają z takim hukiem, jakby chciały przypomnieć, kto tu naprawdę rządzi. O zachodzie słońca trawa mieni się złotem, wiatr niesie smak soli i coś jeszcze – rodzaj ciszy, która nie potrzebuje żadnych słów.

Królewska letnia rezydencja Santanderu

Z plaż już tylko kilka kroków dzieli od półwyspu La Magdalena, które jest sercem i wizytówką Santanderu. To miejsce, w którym spotykają się historia, natura i morski żywioł. Wystający w głąb Zatoki Biskajskiej, półwysep od wieków przyciągał uwagę żeglarzy i podróżników. Dziś stanowi park miejski, otwarty dla wszystkich, ale jeszcze sto lat temu był letnią rezydencją hiszpańskiej rodziny królewskiej oraz symbolem luksusu i nowoczesności początku XX wieku.

Na samym jego krańcu wznosi się Pałac La Magdalena, zbudowany w latach 1908–1912 w stylu angielskiego neorenesansu. Jego architekci, Javier González Riancho i Gonzalo Bringas Vega, inspirowali się posiadłościami arystokratów z Kornwalii i Szkocji. Stąd charakterystyczne wieżyczki, strome dachy i rozłożyste tarasy, z których rozpościera się widok na błękit zatoki. W słońcu białe mury pałacu lśnią jak żagiel na oceanie, a bryza niesie ze sobą zapach soli i wodorostów.

To właśnie tutaj król Alfons XIII wraz z królową Wiktorią Eugenią spędzali letnie miesiące. Wnętrza pałacu tętniły wtedy życiem. Odbywały się tu bale, koncerty, polowania i przyjęcia dyplomatyczne. Król chętnie wypływał na ryby, a królewskie dzieci uczyły się pływać w przybrzeżnych wodach. Był to czas, gdy Santander z prowincjonalnego miasta przekształcał się w elegancki kurort, ale wciąż naturalny, z dzikim rytmem północnego morza w tle.

Po upadku monarchii i burzliwym XX wieku pałac przeszedł w ręce miasta. Dziś mieści się tu Międzynarodowa Letnia Szkoła Uniwersytetu w Santanderze (Universidad Internacional Menéndez Pelayo), a dawne sale balowe zamieniły się w sale wykładowe. Mimo to w powietrzu nadal unosi się duch minionej epoki oraz subtelny zapach perfum, dymu cygar i morskiej mgły.

Spacer po ogrodach La Magdalena to podróż między światem natury a historią. Ścieżki wiją się wśród sosen, palm i skalistych urwisk, z których rozciąga się widok na ocean i pobliskie plaże El Sardinero. Na klifach gniazdują mewy, a ich krzyk miesza się z hukiem fal rozbijających się o kamienie. Wśród drzew można odnaleźć rzeźby i dawne budynki królewskiego gospodarstwa, a także niewielką zagrodę z morskimi lwami i pingwinami, które są pozostałościami po dawnym mini zoo.

Wieczorem, gdy słońce chowa się za horyzontem, a pałac jaśnieje złotym światłem, łatwo zrozumieć, dlaczego to miejsce tak silnie działa na wyobraźnię. Pałac La Magdalena jest nie tylko symbolem Santanderu, lecz także metaforą całej północnej Hiszpanii. Jest krainą, w której elegancja spotyka się z dzikością, a historia wciąż oddycha w rytmie fal.

Miasto, które oddycha kulturą

Santander odrodził się na nowo, gdy nad zatoką pojawiła się odważna konstrukcja Centro Botín, włoskiego architekta Renzo Piano. Dwa owalne, białe kadłuby zawieszone nad wodą wyglądają jak statki gotowe do wypłynięcia w rejs ku nowym horyzontom. Ten futurystyczny budynek, odbijający światło zatoki, stał się symbolem odrodzenia miasta i miejscem, które nie odtwarza przeszłości, lecz tworzy ją na nowo poprzez sztukę, przestrzeń i spotkanie.

W jego wnętrzach odbywają się wystawy, koncerty i warsztaty, a na zewnętrznych platformach widokowych mieszkańcy i turyści podziwiają port, zatokę i daleki ocean. To nie tylko muzeum, ale przede wszystkim manifest Santanderu, który postanowił oddychać kulturą, otworzyć się na świat i uczynić sztukę częścią codziennego życia. Santander jest dziś miastem, w którym kultura ma wiele twarzy od awangardy po archeologię, od dźwięków portu po ciszę muzealnych sal.

 

Na południowym krańcu starego miasta, w eleganckim budynku z początku XX wieku, mieści się Muzeum Sztuki (MAS – Museo de Arte Moderno y Contemporáneo de Santander y Cantabria). To jedno z najstarszych muzeów w regionie, założone jeszcze w XIX wieku. Jego kolekcja obejmuje dzieła od malarstwa klasycznego – z Francisco de Goyą na czele – po współczesnych artystów kantabryjskich i hiszpańskich. MAS to nie tylko galeria, ale też laboratorium sztuki, które pokazuje, jak zmienia się spojrzenie człowieka na świat i siebie samego.

Kilka ulic dalej znajduje się Muzeum Archeologii (Museo de Prehistoria y Arqueología de Cantabria (MUPAC). Tojedno z najważniejszych muzeów archeologicznych Hiszpanii. Jego zbiory prowadzą zwiedzających przez tysiące lat historii od narzędzi z jaskiń Altamiry i La Garma, przez ceramikę, ozdoby i szczątki pradawnych osad, aż po średniowieczne artefakty. MUPAC to podróż w głąb czasu, przypomnienie, że ziemia Kantabrii od zawsze była miejscem spotkań ludzi, kultur i idei.

Natomiast miłośników morza zachwyci Muzeum Morza (Museo Marítimo del Cantábrico). Ten imponujący kompleks łączą muzeum i akwarium. W czterech częściach ekspozycji opowiedziana jest historia relacji człowieka z oceanem: od dawnych technik rybackich i budowy statków, przez biologię morską, po współczesne badania oceanograficzne. W olbrzymich zbiornikach pływają gatunki ryb, które jeszcze rano można było spotkać na targu rybnym Mercado del Este.

A jeśli ktoś pragnie obcować ze sztuką dosłownie „na krańcu świata”, nie może pominąć Centrum Sztuki Latarni Morskiej Cabo Mayor (Centro de Arte Faro de Cabo Mayor). Mieści się w dawnym budynku latarni morskiej na skalistym cyplu, z którego rozciąga się widok na otwarty ocean. W trzech salach wystawowych prezentowane są prace artystów inspirowanych morzem i światłem, a także kolekcja Eduarda Sanza, kantabryjskiego malarza, dla którego latarnie były metaforą pamięci i samotności.

Smaki miasta – od morza po stół

Gdy zapada wieczór, Santander budzi się na nowo. Słońce chowa się za klify Cabo Mayor, a miasto przenosi się do barów i tawern, gdzie dźwięk rozmów miesza się z brzękiem kieliszków. W dzielnicy Puerto Chico – dawnej przystani rybackiej – wąskie uliczki pachną grillowanymi owocami morza, winem i lekko słonym powiewem od zatoki. Na kontuarach stoją miseczki z oliwkami, talerze z sardynkami, a za ladą słychać syczenie patelni.

Przy barach stoją obok siebie miejscowi, turyści i rybacy w gumowych butach. Nikt tu nie śpieszy się do domu, a wszyscy są równi wobec talerza pinchos. To północna wersja tapas: kromka chleba, na niej coś małego, kolorowego i smacznego – kawałek tuńczyka z papryką, plaster koziego sera z karmelem, krewetka w cieście, a czasem tylko anchois i oliwka, spięte wykałaczką. I już wiesz, że w Santander słońce nie zachodzi w ciszy tylko w śmiechu i towarzyskich rozmowach.

Foto 9, Pixabay

Symbolem miasta są rabas, czyli kalmary smażone na złoto, które chrupią tak, jakby chciały przypomnieć dźwięk fal uderzających o nabrzeże. Niektórzy twierdzą, że ich smak to czysta Kantabria. Drugą dumą regionu są anchois z Santoña, małego portu niedaleko Santanderu. To tam kobiety od pokoleń filetują ręcznie maleńkie ryby, które dojrzewają w oliwie lub soli. Każdy filet to efekt cierpliwości i precyzji – mały, lecz doskonały, jak miniatura smaku oceanu.

W przeciwieństwie do południa Hiszpanii, tu nie jada się typowych tapas. W Kantabrii zamawia się raciones, które są większą porcją do dzielenia, bo jedzenie to przede wszystkim rytuał wspólnoty. Na stole pojawia się więc bonito del norte – tuńczyk z białym mięsem, sardynki a la plancha, croquetasz dorszem, a czasem też gulasz z owoców morza, który pachnie jak mgła znad oceanu.

A na deser? Obowiązkowo quesada pasiega, która jest dumą górskich dolin Pas. To coś pomiędzy sernikiem a budyniem, miękkie, słodkie, pachnące cytryną i cynamonem. Obok niej często pojawia się sobaos pasiegos, czyli maślane ciasto, które topi się w ustach i doskonale pasuje do kawy po wieczornym spacerze promenadą. W Santander wszystko, co trafia na talerz, ma w sobie historię morza i ludzi – rybaków, pasterzy, kucharzy i rodzin, które przez pokolenia przekazywały przepisy z ust do ust. Tu smak to nie tylko kwestia podniebienia, ale i tożsamości. Gdy wychodzi się z baru, nadal czuje się Kantabrię w każdym zmyśle.

Nowe serce nad zatoką

Dziś Santander jest miastem, które odważnie łączy tradycję z nowoczesnością, tworząc przestrzeń pełną życia i inspiracji. Dawne portowe magazyny, które kiedyś tętniły handlem i pracą, teraz przemieniają się w nowoczesne galerie sztuki, modne kawiarnie i przestrzenie coworkingowe, zachowując jednak ducha przeszłości. Na murach budynków pojawiają się kolorowe murale lokalnych artystów, a ich dzieła opowiadają historie miasta, jego mieszkańców i morskich tajemnic.

Latem miasto rozkwita festiwalami, koncertami plenerowymi, pokazami filmowymi i spotkaniami literackimi, które przyciągają nie tylko mieszkańców, ale także podróżnych z całego świata. Wąskie uliczki Starego Miasta pachną świeżym chlebem, owocami morza i aromatem kawiarni, a portowe nabrzeża wypełniają się śmiechem, muzyką i zapachem soli morskiej.

Santander, który kiedyś spłonął i został niemal całkowicie zniszczony, odrodził się nie tyle z kamienia i cegieł, ile z wyobraźni swoich mieszkańców. Miasto nauczyło się, że historia nie ogranicza, lecz inspiruje, a  każdy zakątek skrywa opowieść o wytrwałości i kreatywności. Jego kultura ma zapach morza i dźwięk fal, które nieustannie przypominają, że wszystko w życiu – nawet miasto – można odbudować na nowo, odkrywając piękno i możliwości, jakie oferuje świat.

Tekst i zdjęcia: Anna Moleda

O autorze

Od zawsze jestem związana z turystyką, a podróże są moją największą pasją.
Kocham podróżować, odkrywać nowe miejsca, poznawać kultury i ludzi:)
Odkrywanie świata to jedna wielka życiowa lekcja, która uczy determinacji, kreatywności, cierpliwości, a przede wszystkim siebie:)

Możesz również cieszyć się:

Translate »